Home / Opowiadania / Thomasinho / Na łyżwy

Na łyżwy

Styczeń już niemal za nami, ja tymczasem korzystając z zimowej aury postanowiłem spędzić trochę czasu na aktywności, z którą nie miałem styczności od niemal dekady. A mianowicie poszedłem na łyżwy. Wyjście to było już wielokrotnie w ostatnich tygodniach odkładane, niemniej dziś postanowiłem, że porzucę wszelkie obowiązki i pojadę na ślizgawkę. Muszę tu uczciwie zaznaczyć, że wybitnym łyżwiarzem nigdy nie byłem, raczej samouk, który co zimę kilkukrotnie wyskakiwał na lód. Udawało mi się utrzymać równowagę i z lodu zawsze schodziłem o własnych siłach.

Ale wracając do dzisiejszego wypadu. Wybór padł na obiekt, na którym jeszcze nie byłem, ku mojemu zdziwieniu nie przypominało to tradycyjnej hali, a jedynie dach postawiony na kilkunastu filarach. Oczekując na wejście moją uwagę zwróciła spora liczba gołębi, które korzystając z braku ścian urządzały sobie gniazda na ożebrowaniu dachu. Co prawda zarządca obiektu próbował temu jakoś przeciwdziałać rozciągając siatkę dookoła obiektu, na niewiele się to jednak zdało.

Spojrzałem na zegarek, do wejścia na taflę zostało jeszcze około 15 minut, z łyżwami na nogach pozostało mi tylko czekać i obserwować, jak dziwny niebieski pojazd zatacza kolejne kółka wyrównując nawierzchnię. A ta moim zdaniem do najlepszych nie należała. I to pomimo faktu, że przyjechałem na najwcześniejszą możliwą godzinę. To rodziło pewne obawy o utrzymanie równowagi podczas jazdy.

Tymczasem niebieski pojazd opuścił taflę, a jego kierowca zaparkował go w pobliskim garażu. Przyszedł pracownik z żółtą kamizelką i dumnym napisem na niej „Organizator biegu”, który otworzył bramkę wjazdową i pierwsi amatorzy lodowego szaleństwa rozpoczęli jazdę. Ku mojemu zaskoczeniu przyszło tam sporo osób stawiających pierwsze kroki, w dużej mierze dzieci, ale też i osoby starsze. To wywołało pewną ulgę w mojej głowie, że nie będę się wyróżniał w tłumie „in minus”. Organizatorzy zadbali (jak chyba wszędzie) o pewne pomoce naukowe. Były małe figurki pingwinów na nartach dla dzieci, ale również tzw. „chodziki”, konstrukcje stworzone z połączonych ze sobą rurek wodociągowych z pcw, tworzących graniastosłup trójkątny (musiałem w necie wyszukać jak nazywa się taka konstrukcja ;-)).

Pierwsze moje kroki były… paniczne. Nie było zatem zaskoczenia. Ślizganie rozpocząłem od powolnego szurania z jedną ręką trzymającą się bandy. Ku mojemu niezadowoleniu sporo osób na lodzie miało mój, bądź niższy poziom umiejętności i tak samo kończyli szybko na bandach, wobec tego musiałem ich w jakiś sposób ominąć, a zatem oddalić się od mojej jedynej formy asekuracji. Kilkukrotnie ratowałem się przed upadkiem, na szczęście jakimś cudem udało się tego upadku uniknąć. Jednak z każdym przejechanym metrem pewien automatyzm i pewność siebie wracały, by po drugim kółku pozwolić mi puścić boczną bandę i oddaliłem się na niewielką odległość od niej, również i prędkość jazdy wzrosła. Na tyle, że to teraz nie tylko wszyscy wyprzedzali mnie, ale i ja musiałem lawirować pomiędzy wolniejszymi uczestnikami. Jazda zaczęła przynosić mi powoli coraz większą radochę, jednak cały czas musiałem zachować koncentrację. Zarówno błędy techniczne, jak i coraz groszy stan lodu nie wybaczały błędów. Jedno i drugie raz po raz przypominały mi, że nie powinien m za bardzo rumakować, żeby za chwilę tego lodu nie przyszlifować.

Po 30 minutach nastąpiła zmiana kierunku jazdy. Było to dość niespodziewane, w pewny momencie po prostu zauważyłem, że jadę pod prąd. Na szczęście zawrócenie odbyło się sprawnie i kontynuowałem jazdę. W tej części troszkę się już wyluzowałem i zacząłem obserwować nie tylko co się dzieje kilka metrów przede mną, ale i dookoła. Z zachowaniem szczególnej ostrożności mogłem podziwiać bardziej doświadczonych łyżwiarzy, wykonujących przeróżne ewolucje. A wszystko z taką lekkością i pewnością siebie, że tylko pozazdrościć.

Z upływem czasu dopadło mnie w końcu zmęczenie i dyskomfort. Ubranie łyżew i wejście na lód po tak długim czasie nie mógł się odbyć bezboleśnie. 10 minut przed końcem nie byłem w stanie kontynuować jazdy i zszedłem z lodowiska. Organizm nie był przystosowany do takiego wysiłku i ciągłej walki przy utrzymywaniu równowagi na trudnej nawierzchni. Z wielką ulgą ściągnąłem ze stóp łyżwy i założyłem wygodne obuwie. Z drugiej jednak strony, jak tylko czas pozwoli chciałbym je znowu założyć, znów wyjść na lód, spędzić trochę czasu na aktywności fizycznej i poczuć potem to przyjemne, pozytywne zmęczenie. Teraz już będzie tylko lepiej. Bo jak mawiał kierownik schroniska: „Pierwsze koty za płoty”.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *